Ramię w Ramię

February 7, 2010 1 comment

I znowu, jak to się czasami zdarza w autobusach, gdy zajmujesz ostatnie wolne miejsce a na następnym przystanku wszyscy oprócz twojego sąsiada wysiadają pozostawiając was siedzących razem w pustym autobusie, wczoraj w samolocie, przydarzyła mi się podobna historia. Wsiadam jako pierwszy do pierdzikółka z Warszawy do Rzeszowa. Zaraz za mną wsiada ogromny Ukrainiec. Okazuje się, ze obaj siedzimy w rzędzie piątym, siedzenia A i B. Po pięciu minutach, samolot, nie zapełniając się, odlatuje. Wszędzie są wolne miejsca. W ogóle, rzędy przed nami, za nami i obok nas są zupełnie puste. A my? On myśli „no nie przesiądę się. Pomyśli sobie Polaczek, ze mi niewygodnie, grubasowi, z nim siedzieć.” Ja podobnie „nie będę się przesiadał bo pomyśli, ze Ukraińców nie lubię i naśle na mnie zbirów.” No i siedzimy, ramie w ramie, prawie zlani w jedność, raczki grzecznie złożone między nogami, pogrążeni w swoich myślach w pustym samolocie. Jak dwie kury na grzędzie w zimnym kurniku. On wlewa się na moje siedzenie, a ja prawie zwisając prawym półdupkiem nad przejściem, klnę pod nosem na linie lotnicze.

Advertisements
Categories: Uncategorized

there’s some white stuff on the ground…

December 7, 2009 Leave a comment

San Jose – 7 grudzień roku pańskiego 2009…
teraz jest kilka hipotez: w okolicy rozbił się samolot transportowy z workami mąki dla głodujących w Afryce ?; w okolicy rozbił się samolot przewożący duży transport kokainy z Kolumbii?; grupa upośledzonych umysłowo byłych malarzy pomalowała trawę na wzgórzach?; mam poalkoholowe białe plamy na oczach?; co jeszcze ?  no przecież NIE ŚNIEG !!!!!!!!!!!


Categories: Uncategorized

(Pho)karm

December 7, 2009 Leave a comment

Leniwie w sobote (pho)szliśmy (pho)djeść do wietnamskiej knajpki. Jedzenie to głownie wielkie misy zupne z ogromną zawartością składników utopionych w ich wnętrzach. Ciekawostką jest wyzwanie – jeśli zjesz największą misę to nie płacisz nic a twoje zdjęcie jest umieszczane na ścianie. Przyznam, że wyzwanie jest duże i trzeba wcześniej przygotować żołądek na tak wielkąilość jedzenia. My ograniczyliśmy się do małych porcji.
(Pho)otem (pho)chodziliśmy trochę (pho) okolicy i (pho)robiliśmy dużo (pho)tografii cyfrowych naszymi fajnymi aparatami.

Phở to zupa, rodzaj rosołu z makaronem i dodatkami. Tradycyjnie przyrządza się dwa rodzaje phở: phở bò z wołowiną i phở gà z mięsem kurczaka. Obecnie tworzone są różne wariacje z innymi dodatkami. Dodatki do phở nie są gotowane, lecz jedynie sparzone we wrzącej zupie, dlatego nie przyrządza się phở z wieprzowiny. Zupę najczęściej przyprawia się zieloną kolendrą i dosala sosem rybnym. Pho jest popularnym daniem w całym Wietnamie, je się ją zarówno na śniadanie, jak i na obiad lub kolację.

-> ALBUM <-

Pho
Categories: Uncategorized

Popili, pobawili, znowu popili itd czyli spotkanie w Palo Alto

December 6, 2009 Leave a comment
Categories: Uncategorized

Borax z Ubehebe

December 2, 2009 Leave a comment


Koncepcja wyprawy do Death Valley powstała w kręgach zbliżonych do młodych elit San Francisco i słynnego tajnego zgromadzenia “wolnych drinkarzy” – DHSC. Chętnie zgodziłem się partycypować w tym przedsięwzięciu. Kolidowało z wyprawą tylko jedno – musiałem odłączyć się w celach zawodowych po 3 dniach. Obowiązki wzywały i weekend musiałem poświęcić na L.A. – jedno z bardziej znielubionych przeze mnie miast USA. To czysto subiektywne odczucie ale kto był zrozumie 🙂  mała dygresja [ LA jako zlepek małych miasteczek istnieje dla mnie poniżej autostrady numer 10 a wszystko co jest powyżej jest ładne i nie pisze się w rejestr LA 🙂 ].
Wyprawa miała sens jeśli poświeciłoby się na nią kilka dni i tutaj w sukurs przyszło nam wielkie amerykańskie święto dziękczynienia. Wyruszyliśmy dzień wcześniej wieczorem tak żeby być rano na dobrej pozycji startowej do zwiedzania Doliny Śmierci. Punktem zbornym było małe jezioro Lake Isabella na południu Kalifornii blisko Seqwoii. Ja jechałem sam a druga grupa dołączyła do mnie na zjeździe z autostrady I-5 na Bakersfield; druga dygresja [ krążą legendy o mieście Bakersfield ! ale tak naprawdę to nikt nigdy nie widział tego miasta 🙂 to centralne miejsce na trasie do LV i LA NIE ISTNIEJE – nie ma takiego miasta jak Bakersfield to prawdziwe Ghost bez Town 🙂 ].
Już w małym konwoju dotarliśmy do jeziora i po ciemku szukaliśmy zjazdu nad wodę, coś się trafiło i zaparkowaliśmy na wyboistej ziemi gdzieś w krzakach. Teraz trzeba było nakierować pozostałą cześć ludzi jadących z Los Angeles. To znajomi naszego kolegi amerykana. Tym razem miało być bardzo international. Było już sporo po północy kiedy zawitał na nasz tymczasowy parking wielki autobus szkolny Bio Tour (parkujący na codzień przy Venice Beach), maszyna była przemalowana na bliżej nieznane kolory i przystosowana do przewożenia grup komunistów. Pierwsze co to polecieliśmy oglądać wnętrze, nic nas nie zaskoczyło – mała komuna ala hipisowska, wnętrze można było spokojnie modelować, była kuchnia polowa, dużo książek i … przepiękna Filipinka :). Towarzystwo było bardzo przyjemne, trafili się nawet ludzie z Izraela. Po kilku drinkach czułem się jak żywcem przeniesiony w lata 70-te. Poczułem ten klimat i wiecie co – spodobało mi się :). Tylko, że mam troszkę inne poglądy i starałem się wytłumaczyć nowym znajomym, że ich fascynacja socjalizmem i komunizmem jest oparta na utopistycznych wizjach kilku myślicieli politycznych. I survived communism to powinienem mieć na koszulce i nie bardzo byli wstanie pojąc reali Polski z lat 80-tych kiedy o tym opowiadałem! Ale to juz temat na inny post. Dzielnie wspierał mnie Artur z który podzielam moje poglądy. Ale każdy ma swoje wizje świata i to szanuje wiec obyło się na konstruktywnej wymianie zdań. Bez tego typu ludzi świat byłby nudny 🙂
Popijaliśmy i hałasowaliśmy chyba do 4 rano. Jeszcze pamiętam nocny spacer nad wodę z uroczą Filipinką… a spać się dalej nie chciało. Przygotowałem sobie łoże w samochodzie (samemu nie chce mi się rozkładać namiotu). Rano czułem się jak po ciężkiej imprezie ale tym razem byłem przygotowany miałem pod ręką Advil :). 3 tabletki zabiły ból. Piękny poranek, granatowa tafla Lake Isabella i powoli wznoszące się nad horyzont ciepłe słonko.
Poranne śniadanie hm.. trudno to nazwać śniadaniem ale zjedliśmy co kto miał i popiliśmy kawą zrobioną w warunkach polowych na przenośnej kuchence. Za dnia zobaczyłem twarze ludzi i jeszcze raz się sobie przedstawiliśmy :). Bardzo powoli zebraliśmy się i ustaliliśmy trasę. Autobus był ogromny i wyciągał koło 50 mil na stromych drogach więc nie było sensu jechać w konwoju. Ustaliliśmy miejsce spotkania na 5 pm w okolicy Stovepipe Wells. Ruszyliśmy na wschód w stronę Death Valley, droga pięła się lekko pod małym kątem i samochody nasze a zwłaszcza mój dawały sobie świetnie radę. Pamiętam kiedy we wrześniu jechałem tą samą trasą tylko w drugą stronę to max co jechałem to 40 mil na godzinę! i to z duszą na ramieniu z obawy o wytrzymałość maszyny. Tym razem było idealnie i mijając piękne widoki wzgórz i dolin pozbawionych jakiejkolwiek roślinności miałem wrażenie, że jadę po księżycu. Minąłem znak Welcome to Death Valley i po kilku milach znalazłem się na szczycie wzniesienia z widokiem na całą dolinę, teraz było z górki i kilkanaście mil dryfowałem po nierównej drodze na neutralnym biegu.
Przed Stovepipe Wells skręciliśmy na “unpaved road” czyli na kamienny szlak gdzie trzeba było jechać bardzo ostrożnie żeby nie uszkodzić podwozia i opon. Mila ciągnęła się w nieskończoność ale dotarliśmy do wejścia do Mosaic Canyon. Szlak wgłąb kanionu nie jest trudny i długi, na początku piękne wygładzone skały przypominające biały granit z wzorkami w postaci zastygniętych w skale kamieni o różnych kształtach (stąd nazwa Mosaic). Potem szlak przekształcił się w zwykły kanion z łagodnie opadającymi ścianami, gdzieniegdzie nawet stromymi. Nawet nie zdążyliśmy się zmęczyć kiedy dotarliśmy do końca, powrót był szybki tak żeby zdążyć jeszcze przed zachodem słońca na pobliskie wydmy piaskowe.
Przejechaliśmy malutkie miasteczko-oazę i po chwili zaparkowaliśmy na nowo utworzonym parkingu przy Sand Dunes (jeszcze kilka tygodni temu trzeba było parkować przy drodze a teraz jest wielki parking z ubikacjami). Słońce szybko uciekało za otaczające pasma górskie i pędziliśmy po piaskach przypominających tak egzotyczne pustynie Sahary. Spokojnie można tu kręcić produkcje filmowe, których akcja rozgrywa się w krajach nad zatoką perską. Byłem Lawrencem z Arabii… brakowało tylko strzelby i stada wielbłądów.
Ciepłe promienie zachodzącego słońca kolorowały piasek na kolor kawy, było magicznie. Latem nie można normalnie chodzić po tym piasku nie narażając się na poparzenia a teraz było idealnie. Mrok nas niestety przegonił i pustynia gwałtownie straciła swój urok, jakby ktoś wyssał z niej piękno… jakby ktoś zmienił ustawienia kamery na czaro-białe kolory. Wróciliśmy to osady Stovepipe Wells gdzie zaopatrzyliśmy się w drewno na ognisko i napoje powszechnie uznawane w USA za alkoholowe zwane piwem co w Polskich realiach byłoby nie do pomyślenia (jak można nazwać piwem wodę zabarwioną na złoty kolor?).
Jak to bywa w Dolinach Śmierci, nie ma zasięgu telefonia komórkowa (my byliśmy zaopatrzeni w niezawodne walkie-talkie). Obawialiśmy się, że nasza druga ekipa nie da rady dojechać na ustaloną godzinę. Po pewnym czasie trzeba bło się zbierać, ustaliliśmy, że jedziemy na noc na camping w północnej części parku w miejscu zwanym Mesquite Springs niedaleko Krateru Ubehebe. Postanowiliśmy (bez specjalnej nadziei) wiadomość u pani sprzedającej pamiątki w małym sklepiku. Jak zobaczy dziwny autobus lub “zakręconych” współczesnych hipisów to niech im przekaże gdzie nas będą mogli znaleźć. Na miejsce jechaliśmy ponad pół godziny.

-by Radek
Camping był zapełniony i nie było wolnego miejsca na rozbicie namiotów. Szukaliśmy długo jakiegoś wygodnego spotu lub kawałka wolnej od krzaków pustyni. W końcu postanowiliśmy zajechać na miejsce oficjalnie przygotowane do organizowania wspólnego ogniaska, były ławeczki i kamienny ogniskowy krąg. Przygotowanie ognia i jedzenia trwało chwilkę, po jakimś czasie uznaliśmy, że rozbijemy tutaj namioty i zobaczymy rano co będzie. Po kilku godzinach niedaleko nas zamajaczyły lampki wielkiego autobusu! Udało się, znaleźli nas i co zabawne, informacje o naszej lokalizacji przekazała im pani ze sklepiku! Co za szczęście. I znowu impreza do późna, wiele osób było mocno “odjechanych” a Filipinka chyba najbardziej, jej magicznie łagodny głos hipnotyzował…

-by Radek
Tym razem nie dałem rady do 4 nad ranem i Morfeusz przytulił mnie szybko. Ranek nie był już taki ciepły, rozpalenie ogniska nie zajęło dużo i na środku wylądował wielki Indyk w srebrnej brytfance. Niestety po chwili pojawił się jakiś mało wyrozumiały człowiek z obsługi campingu i zabronił palenia ogniska w tym miejscu, co było mega absurdem, którego nie mogę zrozumieć. Napis przy drodze głosił Campfire site! Skąd mieliśmy wiedzieć, że nie wolno skoro napis zachęcał… wezwał Park Rangera czyli odpowiednik Policji na terenie Parku. Na szczęście nasi znajomi chyba mają duże doświadczenie z użeraniem się ze służbami mundurowymi i jakoś się wybronili.
Ruszyliśmy w dalszą drogę, po kilku metrach od wyjazdu przez środek drogi przechodziła ogromna Tarantula (to już trzecia jaką widziałem od 2 dni), była naprawdę ogromna i włochata. Trzeba pamiętać o takich atrakcjach jak się komuś zbierze na spacer po pustyni a w odwodzie są jeszcze węże :). Pierwszym punktem było pobliski Krater Ubehebe ( tutaj narodził się taniec wojenny Ube hebe Ube hebe).
Zrobiliśmy małą rundkę po krawędzi i podziwialiśmy przepiękne panoramy okolicy. Potem zjechaliśmy do Scottys Castle gdzie znajduję się piękny zamek wybudowany w okresie międzywojennym przez ekscentrycznego milionera. Zwiedzanie zamku i okolicy zajęło trochę czasu. Całkiem nierealnie wyglądają tam przepiękne palmy i kaktusy rosnące w małej oazie… Znajomi z autobusem postanowili udać się na Sand Dunes gdzie rozstawili stoły na pustyni i ubrani odświętnie zjedli indyka (to było pojechane na maxa). My zjechaliśmy na południe do Visitors Center gdzie przekazano nam smutną informację, że nie można rozpalać ognisk na dziko.
A planowaliśmy noc gdzieś na tzw Backcountry czyli 2 mile od głównej drogi. Trzeba było zmienić plan i postanowiliśmy (za poradą Rangera) przespać się tuż za granicą Parku.  Zajechaliśmy jeszcze szybko do Musztardowego Kanionu (to prawda skały miały kolor owego dodatku do naszych kiełbasek i parówek) i przespacerowaliśmy się po kopalni Boraxu (minerał mający wiele zastosowań w przemyśle).
Po jakimś czasie wypadało zatankować samochód dla zwykłego spokoju, jedyna najbliższa stacja jaka oferuję paliwo znajdowała się w Furnance Creek. Niestety trzeba pamiętać, że w takich miejscach cena paliwa jest co najmniej bandycka. Normalnie przed wjazdem do Death Valley mozna zapłacić 2.99$ a tutaj cena była 3.99$… trudno nie ma innej opcji i trzeba było zapłacić. Jadąc główną drogą na dotarliśmy do Golden Canyon, gdzie poszliśmy na całkiem długi szlak. Widoki są tutaj niesamowite, zewsząd otaczały nas waniliowe skały czasem przeplatane z kawą 🙂 w oddali majaczyły masywny blok skalny w czerwonym kolorze mocno kontrastując z otoczeniem. Tym szlakiem można dojść do Zabriskie Point i to chyba najlepsza pora w roku, żeby to zrobić. W lipcu jeden człowiek umarł tutaj próbując pokonać ten odcinek…
Czas  naglił a mieliśmy jeszcze do zaliczenia kilka punktów. Pojechaliśmy dalej mijając zjazd na Artist Drive (tym razem w swojej wyprawie ominąłem bardziej znane punkty i skoncentrowałem się na tych, które zwykle pomijałem – reszta opisana jest na moim blogu) i wjechaliśmy na bardzo wyboistą utwardzaną drogę do Natural Bridge. Podła droga… cierpiałem katusze w swoim osobowym samochodzie. Szlak jest krótki jeśli chcemy zobaczyć Natural Bridge (na pozostałe atrakcje trzeba poświęcić więcej czasu). Wielka dziura na wylot w skale. Przypomina to ogromny naturalnie wyrzeźbiony przez naturę most ale daleko mu do łuków skalnych w Utah. Nie zdecydowaliśmy się na dalszy marsz ze względu na zachodzące słońce.
Pora było udać się na poszukiwanie miejsca na nocleg. Wyjechaliśmy z parku i po kilku milach znaleźliśmy zjazd na pustynie. Miejsce okazało się całkiem przyjemne. Uznaliśmy, że zostajemy tutaj na noc. Jeszcze trzeba było zostawić wiadomość naszym znajomym co uczyniliśmy przyczepiając info do ogromnej tablicy Message Board przy Zajeździe w Furnance Creek. Powróciliśmy do wybranego miejsca zaopatrzeni w drewno (na pustyni nie ma czym palić :). Noc była przyjemnie uduchowiona, nie potrzeba było świateł, gwiazdy i księżyc rozjaśniały teren rewelacyjnie. Pieczenie kiełbasek, popijanych piwem i winem na “łonie” natury jak bardzo to inne od typowych miejskich imprez… To są właśnie te wspaniałe chwile do których człowiek będzie wracał z tęsknotą ale ważne jest jedno do tego wszystkiego potrzeba FAJNYCH LUDZI a tacy akurat wtedy byli…. więc jest perfekcja w środku, w głowie w duchu. Ube hebe ube hebe.
Rano musiałem się zastanowić kiedy ruszyć do LA miałem być na miejscu kolo 5 pm. Wiec postanowiłem zaliczyć jeszcze jeden punkt widokowy Dantes View, dojazd zajął ponad 20 minut i ostatnie kilka mil to niezła wspinaczka wozem na szczyt. Ale widok rewelacja. Cała Dolina Śmierci jak na dłoni. Ogrom, który można doświadczyć tylko patrząc z tego punktu. Ciekawą sprawą było… potworne zimno i wiatr. Wyobrażacie sobie takie “mrozy” w najgorętszym miejscu na ziemi ? To chyba lekka przesada. Nadszedł ten moment i trzeba było się pożegnać. Szkoda… ale nie było wyboru. Mam nadzieję, że spędzimy jeszcze nie jeden magiczny wieczór wspólnie gdzieś na wyprawie…

GALERIA

Categories: Uncategorized

Wschod Slonca

November 30, 2009 Leave a comment

Znowu bez polskich znakow i na hiszpanskiej klawiaturze…

La Habana nalezy do miejsc, ktore przechodza pewna transformacje wraz ze wschodem slonca. Mroczne, nieoswietlone ulice, nagle wypelnia blask slonca i w tym samym momencie, jakby na zawolanie, cala populacja wypelza na ulice. Gdy mowie cala, to mam na mysli wszystkich. Bez wyjatku.

Zaczynajac od najmlodszych, przylepionych jeszcze do matek, poprzez dzieci ktore pedza do szkoly aby juz o osmej wziac udzial w musztrze, zabieganych pracownikow rzadowych, ktorzy to biegna do swoich biur po to tylko, by zaraz usiasc i wypic kawe podczas gdy tlum ustawia sie w kolejkach, ludzi w srednim wieku ktorzy sprzedaja na ulicach gazety czy slonecznik a konczac na babciach i dziadkach ktorych cala poranna podroz konczy sie na progu wlasnego domostwa na ktorym to spedza caly dzien.

Dzieci zaczynaja dzien od tego, co moze wygladac na niewinna zabawe, a jednak ja dopatruje sie w tym przygotowania do sluzby dla narodu: “bacznosc, spocznij!” krzyczy Maestro czy Maestra podczas gdy one wykonuja zwroty to w prawo to w lewo. Na kazdym publicznym rynku i we wszystkich parkach, caly szkoly to biegaja za pilko to siedza w rzedach i klaszcza. Co jest z aplausem w komunistycznych krajach? Komu oni bija te brawa?

Druga grupa pracowanikow wszelakich sklepow czy biur tez biegnie by zaraz z rana napis sie kawy. Kubanczycy wspaniale potrafia ustawiac sie w kolejkach gdyz na wszystko trzeba czekac. Czy jest to kanapka z szynka, czy sok z trzciny cukrowej , czy codzi o zalatwienie mniej lub bardziej waznej sprawy. Sa kolejki do autobusow i po chleb. Kolejki by wejsc do sklepu i do lodziarni. A wszystkie dzialaja na tej samej zasadzie: ptrzeba podejsc i zapytac kto jest ostatni. Zapamietuje sie wtedy twarz tego czlowieka i czeka az przyjdzie nastepny zainteresowany, szukajacy “el ultimo.” Gdy juz stracisz posade ostatniego, mozesz isc zajac sobie miejsce w kolejce po piwko zanim nie przyjedzie twoj autobus. Zastanawialem sie w ilu kolejkach moglbym zajac sobie miejsce w tym samym czasie i czy bylbym w stanie zaglowac powiedzmy piecioma roznymi sprawami podczas gdy pai od lodow pije kawe a kierowca autobusu konczy oczekiwanie w kolejce po sniadanie.

Ostatnia grupa po prostu wylega na ulice i czeka. W domu, przypuszczam, jest tak udszno i tak goraco, ze nie da sie wytrzymac. Na ulicy, chociaz tez goraco, kurza samochody i smierdza spaliny, jest troche przewiewniej. Wiec cale zycie toczy sie na ulicach. Na progach domow siedza starsi, na kraweznikach mlodzi. I tak caly dzien. Czasami przejdzie ladna dziewczyna na ktora ta druga grupa moze zagwizdac dla rozrywki. Starsi moga czuc sie uzyteczni gdy zepsuje sie jeden z Polskich Malych Fiatow albo Moskwiczow i trzeba cala grupa, solidarnie, na ulicy, zrobic szlif silnika.

Do domu wracaja rano jedynie prostytutki, ktore po owocnej nocy z zagranicznymi tursytami musz regenerowac sily przed nastepna ciezka noca…

Categories: Uncategorized

w rozjazdach

November 25, 2009 Leave a comment

Prawie wszyscy członkowie naszego szanownego grona DHSC rozjechali się po świecie i po Kalifornii :).
Tomasz pojechał sprawdzić jakość życia na Kubie, Joanna powoli opuszcza Azję a reszta, min Ja ruszamy odkryć ciekawe miejsca w Death Valley. Niestety będę zmuszony odłączyć się potem od wspaniałej ekipy i udać się do eL eJ.

Szczęśliwego Nowego Indyka !

Categories: Uncategorized